Nadzór bankowy nie lubi franków

Wzięliśmy aż o 72 procent więcej kredytów mieszkaniowych w pierwszym kwartale 2006 niż przed rokiem. Ten nagły wzrost to efekt m.in. obaw o ograniczenia w udzielaniu pożyczek walutowych, które wejdą w życie od 1 lipca

Codziennie ponad 700 Polaków idzie do banku po co najmniej 100 tysięcy złotych na zakup mieszkania. Pożyczyliśmy w sumie już 7,1 miliarda złotych.

Z boomu kredytowego są zadowoleni bankowcy, którzy oferują coraz to nowe promocje, by przyciągnąć do siebie rzeszę klientów. Zdecydowana większość Polaków wybiera kredyty nominowane we frankach szwajcarskich, a nie w złotych.

Kredyty we frankach zaciągają nie tylko Polacy. Tę walutę wybierają też obcokrajowcy, którzy kupują mieszkania w naszym kraju i traktują je jako świetną inwestycję.

– Wszyscy cudzoziemcy, wśród których najwięcej jest Anglików, kupują nieruchomości na kredyt. Ich ulubioną walutą, jeśli pożyczają na dłużej niż kilka lat, jest frank szwajcarski – mówi Dorota Kossowska z Open Finance.

Zdaniem szefa nadzoru bankowego Wojciecha Kwaśniaka banki zbyt agresywnie pożyczają we franku szwajcarskim, nie informując przy tym dostatecznie klientów o ryzyku walutowym.

Zwraca on uwagę, że gdyby szwajcarska waluta nagle bardzo podrożała, to część kredytobiorców nie byłaby w stanie spłacaćbankom swojego zadłużenia. A to odbiłoby się negatywnie na kondycji całego sektora finansowego.

Już pierwszego kwietnia weszły w życie specjalne rekomendacje nadzoru bankowego. Banki mają trzy miesiące na ich wdrożenie. Muszą być gotowe pierwszego lipca. Jedno z najważniejszych zaleceń dotyczy wyliczania zdolności kredytowej. Każdy bank, zanim pożyczy klientowi pieniądze, sprawdzi, czy będzie go stać na spłacanie miesięcznych rat. Jeśli tak, to jakiej wysokości. W ten sposób ustalana jest maksymalna kwota kredytu.

Od lipca klientom, którzy będą chcieli pożyczyć pieniądze we frankach szwajcarskich, banki będą wyliczać ich zdolność kredytową w złotych. Ponadto potrzebną do obliczeń kwotę kredytu podwyższą o 20 procent. Tak więc, jeśli będziemy chcieli dostać 100 tys. zł, to bank sprawdzi, czy stać nas na spłatę aż 120 tys. zł kredytu w złotych.

W banku i u rodziny

Dziś banki jeszcze nie stosują się do zaleceń nadzoru, ale od pierwszego lipca będą musiały. Wiele osób zdaje sobie sprawę, że wtedy być może nie pożyczy od banku takiej kwoty,jaka jest im potrzebna, bo nie będzie mieć odpowiedniej zdolności kredytowej.

Wystarczy przeanalizować przykład. Osoba, która chce pożyczyć 200 tys. zł we frankach szwajcarskich (nie ma żadnych innych zobowiązań, nie ma dzieci), musi dostawać miesięcznie na rękę około 2100 złotych. Przy takim kredycie, ale w złotych, minimalne wymagane wynagrodzenie wynosi już 2350 złotych.

Jeśli jednak zarabiamy 2100 złotych i chcemy pożyczyć w naszej walucie, to bank da nam jedynie 175 tys. złotych.

Same rekomendacje to nie koniec ograniczeń. Nadzór wspólnie z bankami przygotowuje kolejne zalecenia. Bardzo dotkliwe dla banków. Według propozycjiprzedstawionej przez nadzór jeszcze pod koniec ubiegłego roku portfel kredytów walutowych nie będzie mógł przekraczać 300 procent funduszy własnych banku. Klienci nie będą mogli już pożyczać kwot odpowiadających lub nawet przewyższających cenę mieszkania. Maksymalny kredyt ma wynosić 70 procent wartości nieruchomości. Resztę trzeba będzie dołożyć z własnych oszczędności albo pożyczyć od rodziny i znajomych. Poza tym te banki, które będą udzielały dużo kredytów walutowych, będą zmuszone podnieść swoje kapitały.

Zaczęte i już sprzedane

Wszystkie proponowane przez nadzór bankowy zmiany wywołują obawy przede wszystkim u osób, które chciałyby wziąć kredyt walutowy. Stąd bierze się tak ogromne teraz zainteresowanie pożyczkami nominowanymi np. we frankach szwajcarskich.

Bankowcy twierdzą, że zaciągalibyśmy jeszcze więcej kredytów mieszkaniowych, gdyby na rynku była większa podaż nieruchomości. Na razie mieszkań jest zdecydowanie mniej niż kupujących.

Dlatego deweloperzy nie narzekają na brak chętnych i na pniu spieniężyli większość lokali z budów rozpoczętych wiosną.

Przewaga popytu nad podażą sprawia, że szybko rosną ceny mieszkań, szczególnie w dużych miastach.

– Każdego dnia przyjeżdża do Warszawy 1000 osób, z tego 600 dostaje tu pracę. Na początku wynajmują mieszkania. Po roku, może nawet wcześniej, decydują się na zakup własnego lokum, bo miesięczna rata kredytu, który zaciągają, nie jest większa od opłat za wynajem – tłumaczy Paweł Adamiak z Domu Kredytowego Notus.

Według niego napływ Polaków do aglomeracji będzie trwał jeszcze wiele lat, a zatem i zainteresowanie nieruchomościami nie osłabnie.

Zwłaszcza że, jak mówi, w stolicach państw europejskich żyje około 10 procent wszystkich mieszkańców danego kraju. W Warszawie jest to zaledwie cztery procent Polaków.

Eliza Więcław, Rzeczpospolita

Opcje dostępności

Wysoki kontrast
Czytaj stronę
Kliknij aby czytać
Podświetlenie linków
TT
Duży Tekst
Odstępy między tekstami
Zatrzymaj animacje
Ukryj obrazy
Df
Przyjazny dla dysleksji
Kursor
Struktura strony